Beskid Zywiecki
2007-10-01 i 02
Setti Fatma, Marrakesz
(Atlas/Maroko)

Trasa
Setti Fatma, Marrakesz

Dystans ???km
Przewyższenie ???m

zobacz mapę

Uczestnicy
Klaudiusz

Technika
Widoki

Czasem donikad znaczy do raju

Wracam z lotniska. Właśnie odesłałem Wojtka do Polski. Po niefortunnej wywrotce i bliskim kontakcie z marokańskimi medykami niezwykle silnie zatęsknił za Ojczyzną. Ja mam jeszcze dwa dni do wylotu, więc zostaję sam w Maroku. Towarzyszy mi jedynie 512 MB muzyki. Dzięki niej udaje mi się podłatać mocno nadszarpnięte morale. Decyduję się na jeszcze jedno starcie z Atlasem, ale brakuje mi sensownego planu i wiary w powodzenie. A właściwie wiary w odnalezienie idealnej trasy, której z wielkim poświęceniem szukaliśmy wraz z Wojtkiem. Nawet nie przypuszczam, że jeszcze dzisiaj będzie mi dane zostawić na niej ślady swoich opon.

W hotelu zostawiam wszystkie zbędne graty, zakładam wciąż za ciężki plecak i wskakuję na rower. Z duszą na ramieniu przebijam się przez chaos komunikacyjny panujący w wąskich uliczkach Medyny. Na postoju grand taxi pytam o kurs do któregoś z górskich "kurortów". Właśnie jeden Merol wyładowany Marokańczykami ma ruszyć do Setti Fatmy. No to "tylko" ustalę cenę i mogę jechać. Dzięki wprawie w targowaniu, płacę "tylko" dwa razy więcej niż autochtoni. Do towarzystwa mam ich siedmiu, ale dwójka to dzieci, więc prawie wygodnie mieścimy się w niezniszczalnej Beczce (+rower w bagażniku).

Po godzinie jestem w Setti Fatma i daję się zaciągnąć do hoteliku na uboczu. Jest wprawdzie bardzo ascetyczny, ale ma na wyposażeniu taras. Widok z niego jest niesamowicie obiecujący, ale jakoś nie palę się do rekonesansu rowerowego. W mojej psychice wciąż jeszcze tkwią tryliony kamoli z Toubkala i Doliny Dadesu. Pod koniec urlopu czuję się już poważnie zmęczony. Wygrzewam się w słońcu na tarasie, popijam herbatę, nikt mi nie próbuje niczego sprzedać - odpoczywam. Wytrzymuję prawie godzinę odpoczywania, poczym wskakuję na rower.

Jadę szeroką, szutrową drogą prowadzącą w górę doliny. Nagle z boku dostrzegam ścieżkę, która stromymi serpentynami atakuje ścianę doliny. Przez moment dusza freeridowca próbuje się wygrzebać spod trylionów kamoli, ale bez powodzenia. Mimo drobnych wyrzutów freeridowego sumienia, postanawiam trzymać się nieprzyzwoicie gładkiej szutrówki. Ona zresztą też pnie się w górę i jest szansa, że uda mi się wreszcie w Maroku wykręcić pierwszy podjazd.

Na podjeździe słońce w zastraszającym tempie wypala moje skromne rezerwy energii. Pokrzepiam się myślą, że w każdej chwili mogę zawrócić i z uporem muła jadę dalej. Po pokonaniu kilku serpentyn mam dość. Staję, patrzę w dół i oszołomiony widokiem stwierdzam, że muszę wjechać wyżej. Droga w końcu przeskakuje na drugą stronę załomu zbocza i przede mną odsłania się widok na górną część doliny. Czuję, że moje usta nabierają kształtu banana. Zwłaszcza, że szutrówka od tego miejsca zaczyna trawersować zbocze i można podkręcić prędkość. Jazda wreszcie nabiera płynności. Po paru kilometrach docieram do wioski Tadrart. Gdy robię sobie mały piknik na skraju drogi, pojawia się anglojęzyczny tubylec. Pewnie lokalny hotelarz, więc od razu oświadczam mu, że mam już nocleg w Setti. Jestem jednak zaskoczony, gdy facet zamiast namawiać mnie na kupno czegokolwiek, całkiem bezinteresownie tłumaczy mi, jak zrobić pętlę i wrócić do Setti inną drogą. Mimo obaw, że nie zdążę przed zmrokiem, postanawiam jechać według jego wskazówek.

Zawracam i wbijam się w drogę, która pnie się w górę zbocza doliny. Przez chwilę jadę tuż nad szutrówką, którą przyjechałem. Łagodnie nabieram wysokości, droga jest szeroka, ale miejscami zniszczona przez lawiny kamieni, więc nieprzejezdna dla samochodów. Zresztą w ogóle nie spotykam na niej żywego ducha, nawet jak mijam ukrytą w bocznej dolince miniwioskę. Z mapy wnioskuję, że to Chiker, ale nie za bardzo wiem, gdzie jestem. Pod kołami mam jednak wyraźny szlak, a w głowie cel w postaci sklejenia pierwszej pętli na tym wyjeździe. To wystarcza, żebym porzucił wcześniejszy luz i zaczął walczyć z uciekającym czasem (typowe dla Europejczyków zachowanie). Niestety niezwykle fotogeniczne pejzaże pojawiające się za każdym zakrętem skutecznie mnie opóźniają. Nawet, gdy staram się gapić tylko pod koła, nawierzchnia zmienia kolory i faktury niczym w kalejdoskopie: stalowe kamienie, złocisty szuter, czerwony pył. Znów się zatrzymuję - koniecznie muszę zrobić zdjęcie kultowej marokańskiej czerwieni.

Gdy wreszcie docieram na grzbiet wzgórz rozdzielających doliny z wrażenia o mało nie spadam z roweru. To wszystko, czym się tak wcześniej zachwycałem, to była tylko przystawka, a teraz podano danie główne. Po drugiej stronie nie ma doliny tylko abstrakcyjne, czerwono-różowe tarasy z zielonymi plamami drzew. Czuję, że banan na mojej twarzy przekracza linię uszów.

Podziwiając widoki, dostrzegam jednak, że jestem co najwyżej w połowie planowanej pętli. Jakoś nie mam ochoty kontynuować tę epicką wycieczkę i zaczynam kombinować nad jakimś freeridowym skrótem. Na prawo kusi mnie łagodnie opadająca grań. Gdzieś tam powinna schodzić do Setti ścieżka, którą widziałem na samym początku trasy. Podczas gdy próbuję oszacować prawdopodobieństwo zabłądzenia, na mojej hipotetycznym szlaku pojawia się Berber na mule. Koniec języka za przewodnika. wobec braku berberyjskiej końcówki języka zmuszony jestem ręcznie spytać: Ty - z Setti Fatma - tutaj? Ja - do Setti Fatma - tędy? Wydaje mi się, że przytaknął i pyta o cygarety. Fajek nie mam, więc tylko uśmiecham się dziękczynnie i wskakuję na rower.

Przejazd górskim grzbietem zawsze uważałem za coś niesamowitego - wszystko wokół leży poniżej moich kół. A w tym wypadku to wszystko wygląda, jak wyjęte z kolorowej bajki: na lewo czerwona dolina, na prawo zielona dolina, pod kołami żółta, równa ścieżka. Do tego w uszach "Evidence" Faith No More - totalny odlot i poczucie nieograniczonej wolności. Wreszcie mogę wybierać miedzy szybkością a zabawą ze skalnymi przeszkodami. i nie mogę się zdecydować. Puszczam hample i pędzę na złamanie karku, poczym zwalniam, żeby móc się jak najdłużej delektować swoją wymarzoną trasą. Ta chwila wynagradza mi wszystkie cierpienia i niewygody związane z zabawą w MTB - a to dopiero początek!

Na przełączce przede mną zatrzymała się grupka Berberów z mułami. Zeskakuję ze skalnego progu i ląduję tuż obok nich. Niestety muły mają słabe nerwy i w panice stają dęba. Staram się załagodzić sytuację muzułmańskim "salam alejkum". Autochtoni biorą mnie chyba jednak za kosmitę i wolą się nie spoufalać.

Tak, jak przypuszczałem, z przełęczy odchodzi ścieżka, a właściwie mułostrada do Setti Fatmy. Dla mnie okazuje się ona kwintesencją wysokogórskiego zjazdu. Ciasne serpentynki przeplatane długimi trawersami, całość zawieszona na stromym zboczu ponad doliną. Niby to samo, co doświadczyliśmy na poprzednich trasach, ale jest istotna różnica w nawierzchni. Zamiast oceanów kamieni wykańczających amortyzatory i mięśnie, w miarę równa ścieżka. Oczywiście są też techniczne urozmaicenia, ale w rozsądnych ilościach i wymieszane z odpoczynkowymi, czyli szybszymi fragmentami. Wprawdzie na tej mułostradzie jest dość tłoczno, ale wszystkie muły na mój widok nabierają samobójczych skłonności i chcą zeskoczyć ze ścieżki. Nic nie jest w stanie mnie zatrzymać.

Po dotarciu na dno doliny, na wjeździe do Setti młody Berber kurtuazyjnie pyta mnie, jak mi się tu podoba. W odpowiedzi wymieniam wszystkie znane mi w angielskim słowa określające zachwyt. Pozostaje tylko ziarno smutku, że radością tej trasy nie mogę podzielić się z Wojtkiem. Wydaje mi się, że znalazłem to, czego we dwójkę szukaliśmy w Maroku przez prawie dwa tygodnie. Ku mojemu zaskoczeniu jadąc donikąd, trafiłem do freeridowego raju.

Następnego dnia robię odwrót do Marrakeszu. Początkowo zjeżdżam na rowerze drogą w dół malowniczej doliny Urika. Powoli żegnam się z Atlasem - wczoraj udało mi się z nim wreszcie zaprzyjaźnić. Mimo że mam do dyspozycji cały dzień, rezygnuję z szukania kolejnej trasy. Z freeridowca przeistaczam się w rowerowego turystę i nie opuszczam już asfaltu. Po drodze czeka mnie jeszcze niespodzianka w postaci pierwszego marokańskiego mountainbikera. Wprawdzie wygląda mi na Francuza, ale twierdzi, że ta okolica to jego rewir i zna tu wiele tras. Brzmi obiecująco, tylko że jutro mam powrotny samolot. Trochę i tak skorzystałem z tego spotkania, bo podrzuca mnie swoim autem w pobliże Marrakeszu. Do zmroku włóczę się jeszcze po mieście. Wreszcie przychodzi czas na rozkręcenie i spakowanie roweru - podczas całej wyprawy spisał się bardzo dzielnie (tzn. bezawaryjnie).

Gdy rano jadę na lotnisko, Maroko żegna mnie deszczem. Odbieram to, jako przedsmak polskiej jesieni. Myślami wracam już do pełnych błota beskidzkich szlaków.

Klaudiusz