Beskid Zywiecki
2007-09-19 do 22
Marakesz
Tizi n'Mzik (2489 m n.p.m.)
(Atlas/Maroko)

Trasa
Imlil (1750 m n.p.m.) - Tizi n'Mzik (2489 m n.p.m.) - Imlil

Dystans ???km
Przewyższenie ???m

zobacz mapę

Uczestnicy
Klaudiusz, Wojtek

Technika
Widoki

Za garść Dirhamów

Pewnego dnia spotkaliśmy się z Sebastianem posłuchać jego opowieści o wizycie w Maroku. Wśród wielu ciekawych historii zainteresowało mnie przede wszystkim wejście na Jebel Toubkal - najwyższy szczyt Atlasu i jednocześnie północnej części Afryki, 4167m n.p.m. Na pytanie czy da się tam zjechać na rowerze, stwierdził: dasz rade, w zasadzie całość jest przejezdna... więc decyzja zapadła, że trzeba spróbować. Pytanie, kto jest na tyle naiwny, żeby pojechać ze mną i na tyle mocny, żeby nie zawrócić w połowie. Seb mimo swoich zapowiedzi, jakoś nie wyrażał zainteresowania (ciekawe dlaczego...), a i inne osoby bardzo chciały, ale akurat coś im wypadało. Wyzwanie podjął Klaudek i tak zaczęły się przygotowania - mniej lub bardziej improwizowane, głównie na barkach Klaudia.

Nie udaje nam się dogadać, co do przelotu, więc umawiamy się na spotkanie w Marrakeszu. Przyjazd nie napawa optymizmem: Klaudek chory, ja skończyłem antybiotyk, pogoda jakoś nietypowo deszczowa, w hotelu za ścianą warczy wiertarka, tarcza skrzywiona w transporcie, łańcuch zaplątany, podczas przejażdżki po Markaszu kapeć, wszystko min. 2x droższe niż w przewodniku - czyżby złe dobrego początki?

Z powodu kiepskiego stanu zdrowia postanawiamy zostać jeden dzień w Marrakeszu. Nasz plan zaczyna się sypać.

Po pełnym emocji rozpakowaniu i złożeniu rowerów, robimy sobie krótką wycieczkę po mieście. Jednak starcie z zatłoczonymi, pełnymi gwaru uliczkami Medyny (po naszemu starego miasta) okazuje się nie na nasze nadwątlone zdrowie. Gdy wyjeżdżamy za mury miasta Klaudek odkrywa, że nie należy lekkomyślnie jeździć po lokalnej florze. Jej kolce nie dają szans nawet zjazdowym oponom. Morale nam spada z zawrotną prędkością. Niby skąd mieliśmy wiedzieć, że to będzie jedyny flak podczas całej wyprawy.

Sporo czasu tracimy na znalezienie taniego transportu do oddalonego o 65 km Imlil. Wioska ta stanowi bazę wypadową w rejon Toubkala - serca Atlasu Wysokiego. Wieloetapowe negocjacje z taksówkarzami wyłaniają najtańszego kierowcę. Tylko jak on chce włożyć dwa wielkie rowery, bagaż i nas do jednej taksówki? Dla Dirhamów Marokańczycy zrobią wszystko. Dzięki ich magicznej mocy "Merol Beczka" przeistacza się w półciężarówkę. Umawiamy się z kolesiem, żeby rano podjechał pod hotel.

Umęczeni katarem oraz zwiedzanio-załatwianiem wieczór spędzamy na piciu... herbaty w "magicznej" atmosferze placu Dżemaa el-Fna (po naszemu Rynek Główny). Zapoznajemy się bliżej z agresywnymi kelnerami z polowych restauracji, straganiarzami sprzedającymi nieprzydatne rzeczy, handlarzami haszyszu, specjalistkami od tandetnych tatuaży z henny (to akurat Klaudek), poławiaczami Coca-Coli, kakofonicznymi muzykami, performerami stawiającymi sobie szklanki na głowie i jeden Allach wie z kim jeszcze. Za wszystkie te "magiczne" atrakcje trzeba oczywiście płacić, więc aby nie zbankrutować już na starcie uciekamy do hotelu.

Rano taksiarz pojawia się nadspodziewanie punktualnie i nareszcie wyruszamy w góry. Imlil można by porównać do Zakopanego, ale byłaby to spora przesada. Na pewno czuć tu już klimat gór i to dużych gór (wysokość ok. 1750 m n.p.m.). Zniknął gwar Marrakeszu, a ludzie stali się bardziej życzliwi, choć dalej bardzo komercyjnie nastawieni (to akurat prawie jak w Zakopanem). Prosto z taksy próbuje nas zwinąć do swojego hotelu jakiś nachalny jegomość. Tłumaczymy, że chcemy do "Auberge Lepiney", którą nam polecił znajomy. Koleś szczerzy zęby i oświadcza, że to właśnie jego pensjonat - z targowania nici, więc tracimy kolejną garść dirhamów. Na dodatek lokal ma standard noclegowni w budowie, ale nie grymasimy. Okazuje się, że goszczą tu też inni rowerzyści - spotykamy sporą grupę Anglików kończących właśnie kilkudniową, zorganizowaną wyprawę szlakami Atlasu (bagaż jeździł za nimi Land Roverem). Słysząc o naszych planach zdobycia Toubkala, patrzą na nas jak na wariatów. Te spojrzenia będą nam towarzyszyć przez najbliższe 3 dni. Przyzwyczaimy się, podobnie, jak do nadużywania wobec nas słów: crazy, mad i imposible.

Na razie nasza wiara w zapewnienia Seba pozostaje niewzruszona. W przeświadczeniu, że nikt tu się nie zna na freeridingu, kładziemy się spać. No prawie - musimy jeszcze tylko rozprawić się z kilkoma nieproszonymi gośćmi na suficie i pod materacami oraz wysłuchać muezina ogłaszającego nocną przerwę w Ramadanie.

Następnego dnia robimy rekonesans na pobliską przełęcz Tizi n'Mzik. Według map ma ona 2489 m n.p.m., nasza aparatura pomiarowa nie daje jej jednak więcej niż 2300. Pierwszy raz mamy pod kołami obfity w kamienie grunt Wielkiego Atlasu. Od razu pojawia się problem odnalezienia właściwej ścieżki. Możemy zapomnieć o takim szczytowym osiągnięciu cywilizacji, jak znakowane szlaki. Na szczęście losowanie trasy wypada korzystnie.

Pogoda jest typowo marokańska, czyli totalna lampa. Gorąco, ale wbrew pozorom upał nie dokucza tak bardzo jak np. 30C w Polsce. O podjazdach nawet Klaudek musi zapomnieć, co prawie wpędza go w depresję, ponieważ normalnie podjeżdża praktycznie wszędzie. Poza tym wciąż jeszcze odczuwamy skutki niedoleczonej polskiej grypy. Na przełęcz dochodzimy lekko zmęczeni. Wokół totalna dzicz, ale zza krzaków wyłania się lokalny sprzedawca Fanty - widać przemysł turystyczny rozwija tu skrzydła.

Pierwszy raz widzimy z bliska okoliczne trzytysięczniki, przestrzenie jak w Alpach, choć góry wydają się nam (na razie) bardziej przyjazne. Po nacieszeniu się widokami pora dosiąść żelastwa i spróbować zjechać. Zjeżdżamy z powrotem do Imlil tym samym szlakiem, którym podchodziliśmy (na tej wyprawie to będzie reguła, z drobnym wyjątkiem). Zjazd jest wymagający, ale płynny (później ta cecha miała okazać się mocno deficytowa). Początkowo ścieżka opada stromymi serpentynami po piargach. Na luźnych kamieniach jest dość ślisko. Powoli oswajamy się z ciasnymi agrafkami na serpentynach - podstawowy element wysokogórskich tras. Niżej ścieżka zmniejsza nachylenie, przecina dno doliny i zaczyna trawersować prawe zbocze. Pojawiają się krótkie odcinki ziemne, gdzie można dać odpocząć amortyzacji i przyspieszyć. Często jednak przerywane skalnymi barierami, które testują naszą technikę. Przed samą wioską jeszcze czeka nas porcja treningowych serpentyn. Są dość płaskie, więc próbujemy kręcić piwoty. Później na stromych zboczach odejdzie nam ochota na takie popisy.

Zjazd z Tizi n'Mzik okazuje się względnie łatwy - względnie w stosunku do tego, co nas dopiero czeka. Na razie jesteśmy dumni z pokonania ambitnej trasy i zarazem z pokonania nękających nas mikrobów. Czujemy, że po początkowym pechu los zaczyna się do nas uśmiechać. Wracamy do hoteliku, gdzie czeka na nas tadżin, czyli popularny marokański obiad. Zajadamy, nie wnikając w zmieniającą się za każdym razem zawartość tadżina. Musimy nabrać sił - od jutra przystępujemy do weryfikacji w naturze wizji Sebastiana o zjeździe z Toubkala.

Wojtek/Klaudiusz