Beskid Zywiecki
2007-09-24 i 25
Jebel Toubkal, 4167m n.p.m.
(Atlas/Maroko)

Trasa
Imlil - Jebel Toubkal - Imlil

Dystans ???km
Przewyższenie ???m

zobacz mapę

Uczestnicy
Klaudiusz, Wojtek

Technika
Widoki

Władca kamieni

Dzisiaj rozpoczynamy wyścig z mułem. On obciążony jednym dużym plecakiem, my na 2 kołach i z plecaczkami wypełnionymi jedynie batonikami i wodą, on znający trasę doskonale i zdrowy, my z poglądową mapą, kaszlący, ale na pewno bardziej zmotywowani. Meta to schronisko pod Toubkalem, dystans ok. 10 km plus 1,4 km w górę.

*

Dajemy mułowi fory i ruszamy z półgodzinnym opóźnieniem. Najpierw podjazd szutrówką ala Dolomity, nawet mniej luźnego żwiru. Bardzo przyjemnie w końcu trochę pokręcić pod górę na rowerze. Niestety doskwiera nam kaszel i inne skutki działania wrogich mikrobów. Nagle widzimy ścieżkę dochodzącą do naszej wijącej się serpentynami drogi. Ścieżka mocno zaminowana po przejściu setek mułów. Wszystko jasne - przewodnicy chodzą na skróty. Docieramy do wioski Aroumd, gdzie Wojtek ma szansę zrobić interes życia - wymienić rower na dywan. Za wioską przecinamy wyschnięte rumowisko rzeczne wypełniające całą szerokość doliny. Po drugiej stronie odchodzi wąska ścieżka dla mułów prowadząca w górę doliny do schroniska. O podjeżdżaniu musimy zapomnieć, szlak wypełniają luźne kamienie i sterczące skały. Także temperatura powyżej 30C i mocne słońce dają się trochę we znaki. Maroko to kraj kontrastów i ciągle zmieniających się krajobrazów. Palmy, sady i zielone poletka mieszają się tu z półpustynnymi terenami pełnymi kolczastych krzewów i kamieni. Jednocześnie przed nami wysokie szczyty przypominające tatrzański krajobraz, tylko że w sepii.

Dochodzimy do Sidi Szamharusz - ostatniej górskiej miejscowości na drodze pod Toubkal. Tubylcy nastawieni na eksploatację turystycznej "żyły złota". Próbujemy zejść trochę z najbardziej uczęszczanego szlaku i prosimy staruszka na uboczu wioski o herbatę. Herbata przyrządzana zgodnie z marokańskim ceremoniałem jest tradycyjnie podawana w małych szklaneczkach, bardzo słodka i mocno miętowa. W upalne dni i przy niepewności co do jakości dostępnej wody, jest to często konsumowany przez nas trunek. Wierząc w legendarną berberyjską gościnność, chcemy pożegnać się dając naszemu gospodarzowi kilka drobnych monet. Nie tak szybko - 15 dirhamow (ok. 5 zł) to minimalna kwota, która go zadowala.

Teren robi się coraz trudniejszy, często stajemy i zastanawiamy się jak zjechać tutaj w drodze powrotnej. Trzeba sporo siły włożyć, żeby pchać rower po krętej drodze zagrodzonej licznymi, coraz większymi kamieniami. Docieramy do małego punktu sprzedaży dywanów i innych rzeczy, na które możemy wymienić nasze rowery. Tam okazuje się, że nasz wyścig z mułem zakończył się sromotną porażką. Muł prowadzony przez przewodnika wraca już ze schroniska z nowym bagażem. Okazuje się, że muł kierując się trendem ku koncentracji na najbardziej atrakcyjnych segmentach klientów, niesie ponownie bagaże Polaków. To Zakopiańczycy wracają po ekspresowej przebieżce na Toubkala. Dopiero po 2 h docieramy do schroniska. Za nami w sumie ponad 7 h tachania rowerów po wąskim i wyboistym szlaku - nie wspominam tego najmilej. W schronisku dowiadujemy się o kolejnych podwyżkach. Motto obsługi to "płać za wszystko" - za prysznic, za wodę, za światło itp. Wykończeni kładziemy się spać w jednej ze zbiorczych sal.

**

Następnego dnia planujemy zrobić wyjście aklimatyzacyjne do połowy szlaku na szczyt Toubkala. Na początku trasa z grubsza zgadza się z opisem Seba - teren bardzo trudny, ale możliwy do zjazdu. Dochodzimy do wantów, a później do krótkiego skalnego żlebu, który chyba tylko przez vertridersów byłby rozważany jako potencjalna miejscówka. Zaczyna się przyjemny kawałek przypominający wiele alpejskich tras - kręty, średnio stromy szlak pokryty żwirkiem. Potem poezja - płyty skalne, w których zakochujemy się od pierwszego wejrzenia. Już zaczynamy nabierać optymizmu co do możliwości zjazdu, gdy na naszej drodze staje strome rumowisko skalne, ciągnące się dokąd sięgamy wzrokiem. Przedarcie się przez nie wraz z rowerami zżera nam sporo sił, a o zjeździe nie ma co marzyć. Wojtek postanawia wysłać Sebowi SMSa z "podziękowaniami". Na szczęście powyżej głazowiska dolina wypłaszcza się, a ścieżka robi się przystępniejsza. Na horyzoncie pojawia się szczytowa grań Toubkala. Dochodzimy do wysokości ponad 3500 m. Zostawiamy rowery przy szlaku i schodzimy na noc do schroniska.

Pobudka o 4 rano, czeka na nas szczyt Toubkala i zarazem naszych możliwości. Wychodzimy po ciemku ze schroniska, nie czekając na berberyjskich przewodników prowadzących klientów z Zachodu - początek szlaku mamy już rozpoznany. Niestety w świetle czołówki wygląda zupełnie inaczej. a raczej nie wygląda. Po pół godzinie lądujemy w kłujących krzakach i musimy gonić wyprzedzające nas świetliki latarek przewodników. Żeby nie było za łatwo, dostaję jeszcze nawrotu kaszlu. Początek mamy kiepski, ale świt poprawia nam humory. Prujemy do góry wyprzedzając wszystkich, którzy nas wyprzedzili podczas zwiedzania krzaków. Docieramy do przemrożonych rowerów, które wydają się w tym miejscu nieco abstrakcyjnymi urządzeniami. Mimo dociążenia kilkunastoma kilogramami złomu, udaje nam się utrzymać rewelacyjne tempo turystów-emerytów - widać aklimatyzacja działa.

Jego wysokość Toubkal postanawia jednak bronić swój szczyt przed zuchwałymi rowerzystami. Drogę zagradza nam kilkudziesięciometrowy próg skalny. Wdrapanie się na posypane żwirkiem skały, ciągnąc ze sobą rower, to nie przelewki. Wystarczy delikatne pośliźnięcie a żelastwo ściągnie człowieka w dół. Zjazd tędy to fikcja, nawet zejścia sobie nie wyobrażam. Wojtek coś tam główkuje, ale ostatecznie zostawia ta miejscówkę dziewiczą. Na szczęście ponad progiem szlak ponownie staje się o wiele przyjaźniejszy - wielka łąka kamieni, wśród których wije się ścieżka, na której kamienie są na tyle małe, że jest szansa przyjemnego zjazdu.

Po wejściu na grań, okazuje się, że szczyt jest trochę dalej, niż myśleliśmy (normalka w górach). Ja zaczynam czuć, że przedawkowałem noszenie roweru - to już 3. dzień. Porzucam go na 4 tys. i dzięki temu wejście na szczyt staje się banalne. Wojtek nie ma zamiaru kapitulować i walczy zaciekle z ostatnimi kamiennymi szańcami blokującymi dostęp do szczytu. Gdy odpuszczają, stajemy na skraju w miarę płaskiej kamiennej łąki zwieńczonej stalową piramidką. Toubkal pokonany, pozostaje go tylko dobić triumfalnym wjazdem na szczyt. Wymieniamy się rowerem na ostatnim podjeździe, ale wysokość i zmęczenie dają się mocno we znaki, po 20 m łagodnego podjazdu niemal przewracam się z wyczerpania. Zapomniałem, że przy podjeździe na 4167 m może zabraknąć głównego paliwa - tlenu.

***

Na górze traktowani jesteśmy jak godni politowania dziwacy, a jednocześnie bohaterzy. Wszyscy nie zważając na rożne ustawy i dobre zwyczaje robią sobie z nami i z rowerem Wojtka zdjęcia. Kilkanaście minut odpoczynku, trochę mniej lub bardziej pozowanych zdjęć, nacieszenie oczu niepowtarzalnymi panoramami jak ze szczytu świata i. Wojtek w pełnym rynsztunku rusza. Początek to poezja - mały żwir dający możliwość wchodzenia poślizgami w zakręty, zero innych uciążliwych przeszkód. Później jednak zabawa się zaczyna - eksponowany trawers. Początek to zerodowane skałki, na których Wojtek siedzi mocno na tyle i stara się przetaczać rower z jednej przeszkody na drugą. Jeden błąd i ląduje się poza ścieżką a może kilkaset metrów niżej, bo zbocze opada stromymi piargami. Ja odnajduję swój rower i próbuję pójść w ślady Wojtka. Zaraz na starcie ujeżdża mi przód. Przed dachowaniem w dół zbocza ratuje mnie spory kamień, na którym cudem opieram wyszarpniętą z SPDa stopę. Mam wrażenie, jakby ktoś go w ostatniej chwili podłożył. Ledwo uniknąwszy nokautu na początku I rundy, nabieram dużego respektu dla przeciwnika i widzę, że Wojtek również. Staramy się wybierać najłatwiejsze warianty, ale i tak jest ciężko. Partię szczytową udaje się "zjechać" z kilkoma podpórkami i kilkoma metrami sprowadzania.

Staczamy się na przełęcz i rozpoczynamy naukę jeżdżenia po piargach - większość czasu jedzie się dwoma kolami w poślizgu, starając się uniknąć wypinania z SPD i podpórek. Drobny błąd powoduje wypadnięcie z przetartej ścieżki wprost w plantację sporych kamieni - wtedy trzeba dużo odwagi i trochę szczęścia, żeby wrócić na prawidłowy tor. Odcinek kilkuset metrów daje nam nieźle popalić. W poczuciu dobrze rozpoczętego zjazdu docieramy do skalnego progu. Po kilku teoretycznych dyskusjach, gdzie i jak można by próbować oraz krótkich kawałkach, które Wojtek bierze pod koła, przedzieramy się przez fragment, który na podejściu wydawał się taki trudny. Poniżej czeka na nas najmniej stroma część dolinki, ale szczególnie łatwiej nie jest. Dzięki naszej determinacji udaje się ten odcinek przejechać praktycznie w całości. Po drodze stawiamy czoła paru wymagającym przeszkodom. Ciekawy fragment to stroma, skalna ścianka, z którą rozprawia się Wojtek (na zdjęciu). Robi ciasny skręt na najeździe i zjeżdża linią zapewniającą najlepszą przyczepność. Dodatkowym obciążeniem jest świadomość, że nie możemy liczyć na pomoc nieistniejących służb ratowniczych, więc wszelkie kontuzje są niedopuszczalne. Dlatego kierując się podszeptem rozsądku, objeżdżam ściankę z boku. Tylko jakoś nie jestem przekonany, czy to było bezpieczniejsze.

Dotaczamy się do głazu rozpoczynającego strome skalne rumowisko. Efektem długich konsultacji poprzedniego dnia wydzieramy z niego kilkadziesiąt metrów, zjeżdżając kilka naprawdę trudnych i eksponowanych fragmentów (stąd pochodzi zdjęcie Wojtka, jak zjeżdża małym stromym żlebikiem wprost na fotografującego). Później znosimy rowery przez miejscówkę, którą oceniamy na II-III w skali tatrzańskiej. Przez chwilę walczymy jeszcze z piargami i coraz większymi głazami. W końcu kapitulujemy i przez najbliższe kilkaset metrów sprowadzamy rowery. Wojtek wyraźnie rozczarowany, zaczyna rozważać: gdyby być tutaj na świeżo, mieć profesjonalną pomoc medyczną pod ręką i trochę lepsze umiejętności kilka fragmentów można by przejechać. No ale to już trial a nie freeride.

Wreszcie docieramy do kamiennych płyt, na które ostrzyliśmy sobie zęby już od poprzedniego dnia. Takiej jazdy życzyli byśmy sobie na całym Toubkalu, ale nawet kilkadziesiąt metrów zabawy na tych płytach jest niepowtarzalnym przeżyciem. Na przekór opinii Wojtka, że zwariowałem, wyhaczam stromy kilkumetrowy zjazd z ostrym przejściem w płaską ścieżkę. Owszem zwariowałem od nadmiaru przyczepności. To jedyna chwila w dniu dzisiejszym, kiedy to ja kieruję rowerem, a nie kamienie. Wojtek stara się udowodnić, że nie na darmo od wielu lat szuka zawsze "najłatwiejszych" przejazdów. Wynajduje jakąś awangardową linię, która na prostą wygląda tylko w jego wykonaniu.

Z żalem opuszczamy skalne płyty. Łykamy kilkanaście zakrętów relatywnie łatwym singeltrackiem, przejeżdżamy krótkimi skałkami z widokiem na coraz bliższe schronisko. Zatrzymujemy się nad nieprzejezdnym żlebem, którym ciężko jest nawet zejść. Chwila przerwy w cieniu skał, sprowadzenie rowerów przez kamienne wanty i rozpoczynamy walkę z ostatnim trawersem przecinającym piarg tuż nad schroniskiem. Wbrew pozorom, okazuje się równie trudny jak wiele odcinków w górnej części trasy. Żeby nie wypaść z wąskiej, sypkiej ścieżki stosujemy technikę narciarską z odchylaniem tułowia od stoku. Wojtek pięknie to demonstruje (widać na zdjęciach), ale pod koniec coś krzyczy i się zatrzymuje. Ruszam za nim i wpadam na kombinację uskoku z zakrętem. Przez chwilę wydaje mi się, że przejadę, skręcam na przednim kole i ratuję się podpórką przed wyleceniem ze ścieżki. Wojtek kolejny raz czepia się mnie, że za dużo ryzykuję. Tylko, że to on przejechał większość najtrudniejszych miejscówek, które ja z bólem serca odpuszczałem. Tak naprawdę obydwoje unikamy jazdy na granicy ryzyka, tylko że u każdego z nas ta granica przebiega inaczej.

****

Ostatni odcinek do schroniska to mieszanka krętej ścieżki i stromych płyt skalnych oraz wszechobecnych kamieni. Już na większym luzie odpuszczamy hamulce, przejeżdżamy parę solidnie stromych płyt, pozwalamy sobie na kilka skoków. Około 15. docieramy do schroniska, odbieramy gratulacje, a w nagrodę kierownik składa nam propozycję odkupienia za półdarmo czołówki i scyzoryka.

Po zjedzeniu chińskiej zupki, czujemy się na tyle silni, że postanawiamy kontynuować zjazd do Imlil. Przed nami ponad 10 km koszmarnie wyboistego szlaku, który z trudem można określić mianem "zjazdu". Z każdym metrem słabniemy, a kamienie rosną w siłę. Resztkami sił, w zapadającym zmroku wydostajemy się z kamiennego królestwa Toubkala. Już w świetle księżyca staczamy się niezwykle równą szutrostradą z Aroumd do Imlil. Ze zmęczenia nie czujemy nawet radości z tego, że pól dnia wcześniej byliśmy z rowerami na 4167 metrach i nawet udało się nam zjechać... być może jako pierwszym.

Klaudiusz &Wojtek