2013.01.30
Andy (Argentyna)

Trasy
Cerro Bonete


Uczestnicy
Wojtek

 



Zmagania z Cerro Bonete

Strażnik parku mówi, że nie przejedziemy, żeby wrócić tutaj jutro. Z nasza słabą znajomością hiszpańskiego nie mieliśmy jednak szans (chęci?) go zrozumieć i jedziemy naszym Renault-Dacia dalej. Droga faktycznie zniszczona przez rzekę, kilkaset metrów dalej stoją dwie terenówki w błocie do połowy drzwi. Tak wiec dzisiaj biwak przy końcu asfaltu. To nawet dobrze, bo plany noclegu na 3800m były bardzo ambitne. Czekamy na machinę (wielki spychacz lub koparka), która ma naprawić drogę. Okolica niczego sobie - w ramach aklimatyzacji wchodzimy na jakiś czterotysięcznik. Ale też mniej typowo dla wypraw górskich sami przerabiamy okoliczne drogi gruntowe, tak żeby nasz nieterenowy samochód przetransportował nas bliżej pierwszego celu - Cerro Bonete zwanego też Bonete Chico. Punktem kulminacyjnym jest zrobienie czekanami i plastikową łopatką rowu melioracyjnego, który zapoczątkował małą górską rzekę.

Przejeżdżamy ostatecznie boczną drogą w kierunku bazy - wielkie przestrzenie, niezliczona ilość pasm górskich aż po horyzont, wigonie, flamingi ale tez bliższe nam półdzikie konie... i śnieg. Skąd on się tu wziął? Przecież Puna Atacama, to jedno z najbardziej suchych miejsc na ziemi, gdzie nawet na wysokich sześciotysięcznikach śniegu niewiele. Będzie ciężko. Docieramy drogą oznaczoną na mapie jako "4x4" do bazy. To zdecydowanie zasługa naszego kierowcy z żyłką (i nie tylko) rajdowca - dobrze, że wypożyczalnia nie wiedziała w jakie miejsca nasz budżetowy Renault-Dacia nas dowiózł.

Składam rower, który przechodził do tej pory ciężką próbę zgnieciony w bagażniku przez wielgachne plecaki i liczne kilogramy różnego szpeja. Nocleg na 4700m. W kolejnych dniach stopniowo wbijamy się wyżej. Łatwo napisać, ale kosztuje to dużo wysiłku. Wysokość, ponad 60-litrowy plecak i zdecydowanie zbyt ciężki, mało poręczny do noszenia rower dają się we znaki. Dobrze, że Wojtek służy pomocną dłonią, bo ciężko nadążyć za piechurami, którzy nie mają przywileju ciągnięcia roweru. Pogoda nie rozpieszcza - na rowerze leżącym chwilowo w jedynce (znaczy w 1. obozie) coraz więcej śniegu, nasz cel nietypowo na sezon letni zupełnie w śniegu.

Warunki na tyle trudne, że ekspresowa forpoczta w postaciach Grzegorza i Wojtka tylko częściowo dociera na szczyt. Dociera "na lekko", czy z rowerem to w ogóle realne? Dzień po nich jestem z moim żelastwem w dwójce. Noc dla mnie ciężka, do tego kolejny opad śniegu. Teoretycznie mam jeszcze jeden dzień, żeby wynieść rower wyżej, wrócić do dwójki i kolejnego dnia uderzyć ze Zbyszkiem na szczyt. Czy starczy sił przy tej ilości śniegu, czy Zbyszek dotrze? Słabo to wygląda. Wychodzę mimo to do góry. Śniegu tak dużo, że dotarcie na szczyt bez kogoś kto by przecierał szlak, a najlepiej pomagał w noszeniu roweru staje się dla mnie fikcją. Z tych dywagacji wyrywa mnie Grzegorz, który daje znać, że mam wracać.

Przezbrajam się do zjazdu z wysokości ponad 6000m - ubranie tutaj ochraniaczy, zapięcie kasku to duży problem. W dół. Stromo, strasznie dużo śniegu, w którym parę razy zapadam się po ośkę. Operowanie klamkami hamulcowymi w grubych narciarskich rękawiczkach też nie jest łatwe. W stylu rozpaczliwym docieram wymęczony do dwójki. Intrudery ledwo dają radę, bo tu warunki na typowe opony błotno-śnieżne. Chłopcy tymczasem zwijają obóz - Zbyszek nie wrócił do jedynki i idziemy go szukać. Odwrót.

Zatem dzisiaj 1300m zjazdu z czego połowa w trudnym terenie, po śniegu, z prawie 20kg plecakiem. Liczyłem na szybkie driftowanie po stromych i bardzo przyjaznych piargach. Jednak śnieg dotarł już poniżej dwójki, tak że pozostaje mi czujna jazda i denerwowanie jedynych 2 osób w promieniu x kilometrów piszczeniem klocków. Zjazd nieporównywalny z czymkolwiek w Beskidach czy Alpach, a dyskusje nt. stopnia trudności mijają się z celem - w każdym razie wcześniejszy trening jazdy po śniegu, piasku i piargach wskazany. Mimo to chyba jednak łatwiej zjechać niż zejść. Tymczasem są nawet chętni na przetestowanie mojego roweru na prostszych odcinkach i w spokojnym równym tempie zbliżamy się do bazy na ok 4700m.

Zbyszek już czeka, więc jesteśmy w komplecie. Powrót do cywilizacji. Jednak nie tak szybko... dziura w drodze, trzeba czekać na machinę. Kolejnego dnia zjeżdżamy z zapoznanymi Chilijczykami, którzy mają prawdziwe 4x4, do przydrożnego miasteczka, żeby uzupełnić zapasy na wypadek gdyby naprawa drogi przeciągała się w czasie. Mamy możliwość zakosztowania drogiego folkloru (ceny jak w luksusowym supermarkecie, jakość, wystrój wnętrza - no cóż.). Ludzie żyją w warunkach, które mają dużo wspólnego z najbardziej zacofanymi miejscami jakie widzieliśmy swego czasu z Klaudkiem w Maroku.

Wracamy ze strażnikiem parku (oczywiście odpłatnie mimo, że to jego praca) na uszkodzoną drogę i solidarnie z kierowcami oraz pasażerami innych samochodów czekających na przejazd pomagamy zasypywać dziurę. Dziś już nas nic nie zatrzyma w dotarciu do cywilizacji, w końcu nocleg w hotelu. Stop - most zamknięty, ok 15m dziura. Lokalesi przeprawiają się przez wartką rzekę. Nam też to polecają. Wielka machina weźmie nas na linę jakby co. Narada. Jednak widząc, że woda sięga terenówkom powyżej kół, motocyklistę prawie porwał nurt - czekamy co przyniesie kolejny dzień.

Czy można naprawić most w ciągu jednego dnia? Bierze się dwa spychacze, 3 ciężarówki i zasypuje się dziurę ziemią - chwilę przecież wytrzyma i kto chce zaryzykuje przejazd.

I tak dobiega końca pierwszy etap - Wojtek wraca samotnie pod Bonete, reszta składu uderza w kierunku Fiambali, a później śladami Dakaru na San Francisco, gdzie ma nas spotkać tylko łatwa i przyjemna wędrówka górska...

Wojtek