2013.01.31
Andy (Chile)

Trasy
Cerro San Francisco (6016 m n.p.m)

 

Uczestnicy
Wojtek

 



San Francisco zdobyte!

Wzmocnieni powrotem do cywilizacji, większą ilością tlenu w powietrzu, no i przede wszystkim kilkoma lomo uderzamy w kierunku przełęczy San Francisco. Jedziemy 200 km górską droga, mijając po lewej Ojos i inne wysokie sześciotysięczniki docieramy do przejścia granicznego na 4000m. Po drodze zastanawiamy się którędy dokładnie przejeżdżał tymi okolicami Dakar i dlaczego nie można by jednej z takich gór przenieść do Polski bez konieczności tworzenia na niej Parku Narodowego.

Po pertraktacjach argentyńscy celnicy wpuszczają nas w strefę "niczyją" pomiędzy Chile a Argentyną. Przydrożny obiadek w postaci luksusowej bułki od hamburgera i tuńczyka, żeby dać trochę więcej czasu organizmowi na aklimatyzacje - w końcu w kilka godzin dotarliśmy z ok. 1600m na ponad 4000m.

Serpentynami dojeżdżamy na przełęcz. Na szczęście schron jest dostępny, bo mocno wieje i rozbijanie namiotu byłoby nie lada sztuką. Nie czujemy się dobrze, więc zjeżdżamy do "ciepłych źródeł" Las Grutas i tam zażywamy tlenu oglądając jak cysterna podpina się rurą do jednego ze strumyków - nie będziemy próbowali tam pływać. Mimo to krajobraz i klimat tego miejsca urzekający. Wracamy na Paso San Francisco, kolacja, kontrola roweru i spanie.

Rano skoro świt uderzamy w kierunku szczytu (6016m). Na podejściu mija nas konwój chilijskich terenówek - będziemy mieli towarzystwo. Pierwszy raz, bo do tej pory żywego ducha nie spotkaliśmy chodząc po górach. Zbyszek w równym i szybkim tempie idzie skrótami do góry. Ja powoli śladami terenówek, bo tak łatwiej pchać rower. Testuję pożyczony GPS, ale wyprowadza mnie tylko na manowce i nadkładam trochę metrów w ciężkim terenie, żeby przedrzeć się przez garb. Zaraz mija mnie Grzegorz w tempie ekspresu.

Dużo śniegu, więc dobrze, że Chilijczycy przetarli już szlak. Nie na tyle jednak, żeby można było bezproblemowo podchodzić z rowerem. Droga kosztuje mnie dużo sił, śniegu przybywa tak, że po skończeniu trawersu rower już bez przerwy trzeba nosić na plecach, co przy silnym wietrze i spadającej ilości tlenu wysysa ze mnie dużo energii. Zbyszek wraca z przełęczy, dochodzi do mnie też Grzegorz, którego namawiam, żeby chwilę powalczył z moim żelastwem w jedynie słusznym kierunku. Nawet parę minut podchodzenia na lekko pozwala trochę odzyskać siły i odepchnąć myśli, ze przecież i tak nie uda się tutaj wszystkiego zjechać, bo trzeba by mieć chyba opony o szerokości 4 cali.

Ambicja pcha do góry i po kolejnej godzinie walki z własną słabością, wiatrem i śniegiem jestem na szczycie. Mimo, że sam szczyt płaski, to widoki zapierają dech w piersiach. Wieje tak mocno, że bez zwłoki ubieram ochraniacze, kask i zabieram się za zjazd. Niewielkie fragmenty, gdzie jest więcej kamieni albo wiatr wywiał trochę śniegu można zjeżdżać. Ciągły zjazd zaczyna się jednak dopiero poniżej przełęczy, a i tak wymaga pedałowania i ciągłego balansowania. Intrudery to nie są jednak opony na kopny śnieg i obniżoną zmęczeniem precyzje prowadzenia - co po chwilę odpoczywam.

Zjazd ośnieżonym stromym trawersem, przy silnym wietrze i dużym zmęczeniu wymaga bardzo dużej uwagi i koncentracji - sprawie więcej frajdy niż ten z Bonete. W końcu odcinek bez śniegu, do tego krętą ścieżką, gdzie można by nawet na siłę robić piwoty. Przebijam się na azymut przez garb, wyprzedzam na zjeździe chilijskie terenówki i docieram do czekających na dole Zbyszka i Grzegorza. Ponad 1300m przewyższenia, na tych wysokościach, w śniegu, z wiatrem, rowerem na plecach - jak dla mnie morderczy wysiłek. Było jednak warto.

Bez zwłoki wracamy do Fiambala, gdzie spotykamy się z bliźniaczą wyprawa Polaków i "przekazujemy" Grzegorza, który ma czas i apetyt na dalsze sześciotysięczniki. Dla mnie i Zbyszka rozpoczyna się długą podróż samochodem w stronę Buenos - kilka dni urlopu chyba bardziej typowego dla większości turystów odwiedzających Argentynę.

Wojtek

Podziękowania dla Wojtka, Zbyszka i Grzegorza oraz wszystkich, którzy wspierali mnie w przygotowaniach i podczas wyjazdu.